W górę
Kursor
W dół

Naród bohaterów

Z Anną Poray-Wybranowską z Kanady, dokumentującą
bohaterstwo Polaków ratujących Żydów w czasie II wojny
światowej, rozmawia Zenon Baranowski

Nasz Dziennik 9-10-2004

Od wielu lat odszukuje Pani Polaków, którzy z narażeniem własnego życia ratowali Żydów podczas okupacji. Dzięki Pani pomocy już około 100 osób otrzymało medal "Sprawiedliwy wśród Narodów Świata". Jakie były początki tej potrzebnej działalności?

- Zajmuję się sprawami Polaków, którzy ratowali Żydów, od dwudziestu sześciu lat. Zdecydowałam się tym zająć z uwagi na ogromne napaści na Polaków w mediach, w stylu "polskie obozy koncentracyjne". Początkowo pisałam listy protestacyjne do gazet. To oczywiście niewiele dało. Powiedziałam sobie: nie, tu trzeba przedstawić fakty. I zaczęłam szukać. Wszystko zaczęło się od pani Makuchowej w Montrealu - bardzo znanej również w Polsce. Stopniowo rozszerzałam swoją działalność na Kanadę, a następnie dalej. Nawiązałam kontakty z Główną Komisją Badania Zbrodni Hitlerowskich w Polsce [poprzedniczka Instytutu Pamięci Narodowej - przyp. red.]. Prowadząc rozmowy z ludźmi, prędzej czy później skierowuję je na ten temat. Niektórzy wówczas przyznają - moi rodzice ratowali Żydów, moja babcia, wujek, myśmy ratowali. Jeżeli te osoby nie mają nazwiska i kontaktu do ocalonego, to na tym sprawa się urywa. Ale jak znajdę nazwisko i adres - to wtedy natychmiast piszę kilka listów do takiej osoby i spotykam się z nią. Niektórzy odmawiają zeznań. Niewiele wówczas można zrobić, lecz niektórzy dają się przekonać i zeznają. Z roku na rok jest coraz trudniej, ponieważ ludzie umierają. Pozostali są starzy, schorowani i stracili pamięć. Niektóre sprawy uznania za "Sprawiedliwego wśród Narodów Świata" trwają po kilka lat. Raz udało mi się to w rok, ale nieraz trzeba dziesięciu lat.

Dlaczego tak długo - czy ta procedura jest taka skomplikowana?

- Aby Instytut Yad Vashem, czyli trybunał państwowy Izraela, w ogóle się daną sprawą zajął, osoba ocalona musi w tym instytucie lub będąc poza Izraelem - w konsulacie lub ambasadzie Izraela, złożyć pod przysięgą zeznania potwierdzone podpisem przed urzędnikiem. Nie może to być np. list wysłany pocztą. Gdy te warunki nie są spełnione, to w ogóle nie ma żadnej szansy. Nie liczą się książki i artykuły oraz polscy świadkowie. Mam na to wiele konkretnych przykładów. Dodatkowym ograniczeniem jest wiek. Żydzi nie uznają zasług dzieci poniżej 12 lat. Podejmowałam starania w przypadku dzieci, które absolutnie zasługiwały na medal. Na przykład w wieku od 7 do 12 lat pomagały rodzicom ukrywającym Żydów - obierały kartofle, myły naczynia, wynosiły nieczystości, stały w dzień i w nocy na czatach, patrząc, czy Niemcy nie jadą. Te dzieci doskonale zdawały sobie sprawę z tego, co im grozi.

To bardzo restrykcyjne warunki.

- Dlatego bardzo trudno jest doprowadzić pewne sprawy do końca. W przypadkach, gdy nie ma nazwiska uratowanego Żyda i jego adresu, nic nie mogę zrobić. Mogę szukać, ale ocaleni przez Polaków rozjechali się po całym świecie: do Izraela, Stanów Zjednoczonych, Kanady, Australii, Argentyny, ich poszukiwania przypominają szukanie igły w stogu siana.

W Pani kartotece znajduje się kilka spraw, które z uwagi na brak żydowskich świadków nie mogą być zakończone przyznaniem medalu.

- Jest ich bardzo wiele. Jedną z nich jest sprawa Franciszka Wrzoska, rolnika z Mazowsza. W swoim gospodarstwie ukrywał on dwudziestu dziewięciu Żydów. Przy takiej liczbie prędzej czy później musiało dojść do dekonspiracji. Gdy Niemcy dowiedzieli się o tym fakcie, zastrzelili większość Żydów w lesie. Część ukrywanych, wraz z Franciszkiem Wrzoskiem, trafiła do obozu w Treblince, gdzie zostali zamordowani. Zostało tylko ośmiu polskich świadków. Żydowski Instytut Historyczny w Warszawie, który sprawdził tę sprawę w 1984 r., napisał do Yad Vashem, że nadaje się ona do przyznania medalu, do czego niestety nie doszło.

Inna sprawa. Rotmistrz Michał Jaczyński był ranny w kampanii wrześniowej. Mieszkał w majątku wdowy, hrabiny Zofii Jezierskiej z domu Potockiej, która ukrywała dwóch Żydów. Oprócz tego nakazała, by dwa razy w tygodniu wóz z kartoflami ustawiony był w takiej odległości, aby mieszkający blisko Żydzi mogli sobie te kartofle zabrać. Gdy Niemcy się o tym dowiedzieli, napadli na dwór i aresztowali obydwoje i to na dzień przed ich ślubem. Ona została rozstrzelana w Palmirach, a on zamordowany w alei Szucha.

Posiadam też dokumentację dwóch kobiet (jedna z nich to wdowa Anna Lechki z domu Turek), które codziennie donosiły do lasu żywność Żydom. Po złapaniu ukrywających się Niemcy torturami wydobyli z nich informację, kto im pomagał. Następnie rozstrzelali obie kobiety. Lechki pozostawiła sześcioro małych dzieci, a druga kobieta pięcioro. Podobnie wdowa Zofia Tukałło, która w Lidzie ukrywała rodzinę żydowską tamtejszego lekarza i dentysty. Jak Niemcy się o tym dowiedzieli, zamordowali ją. Pozostawiła trzy sieroty.
Inna ciekawa sprawa z mojej dokumentacji dotyczy rodziny Puchalskich. Spośród trzech rodzin Puchalskich medalu nie otrzymała ta najbardziej zasłużona. Stanisław Puchalski ukrywał u siebie żydowskie pięcioletnie dziecko, ale gdy sąsiedzi się zorientowali, że może być Żydem, zawiózł je do swojego stryja, który mieszkał w leśniczówce. Tam była taka sytuacja, że na miesiąc przed przybyciem małego Józka został zabity ojciec rodziny wraz z czterdziestoma Polakami i sześcioma Żydami. Można się domyślać, z jakiego powodu. Dwoje starszych dzieci zabrano na roboty przymusowe do Niemiec. Zostało jeszcze troje młodszych dzieci. Pod wpływem tego szoku matka straciła możliwość normalnego funkcjonowania. Cały ciężar zastąpienia rodziców i opieka nad młodszym rodzeństwem spadły na 17-letnią dziewczynę i jej 14-letniego brata. Po przywiezieniu tego małego żydowskiego chłopca dziewczyna musiała co noc uciekać w głąb lasu przed nacjonalistami ukraińskimi (OUN-UPA) wraz z małym Frankiem i Józkiem. Trwało to dwa lata. Potem Józek trafił do dalszych krewnych, u których ocalał. Medal otrzymali Stanisław Puchalski, który uratował to dziecko, jego matka Anna Puchalska oraz brat dziadka - Stanisław Jan Puchalski z żoną Wiktorią. Natomiast nie dostały go kilkunastoletnie wówczas dzieci: Stefania i jej brat Stanisław Puchalski, a im, według mnie, należał się on przede wszystkim.

Dlaczego tak się stało?
- Ten uratowany Żyd nie chciał uznać ich zasług, nie podając powodów. Jestem z nim w kontakcie. Jemu wydawało się, że oni chcieli go zgubić w lesie. Nie bierze on jednak pod uwagę tego, że to były jeszcze dzieci, które dodatkowo żyły pod straszną presją, między zagrożeniem ze strony Niemców i ze strony Ukraińców. Zdaje się on zapominać, że jednak go dwa lata trzymali.

Jeszcze jest jeden bardzo frapujący przykład. Młoda wdowa Aniela Alicja Waryszewska z domu Podogrodzka pomagała Żydom, czasem razem z bratem i rodzicami. Pracowała też w Kedywie. W końcu została aresztowana i ciężko pobita na al. Szucha, ale cudem ocalała. W Kanadzie poznał ją jeden z kilkunastu uratowanych przez nią Żydów. Następnie poszedł do Kongresu Żydowskiego i podał wszystkie okoliczności swojego ocalenia. Tam mu jednak nie powiedzieli, że musi z tym pójść do konsulatu izraelskiego, więc tego niestety nie zrobił. Gdy po kilku latach dokumenty trafiły do Yad Vashem, wówczas nie mogliśmy już znaleźć tego uratowanego. Z tego powodu Aniela Alicja Waryszewska nie otrzymała medalu "Sprawiedliwy wśród Narodów świata", mimo że fakt uratowania przez nią kilkunastu Żydów ocalony podał na piśmie.

Medalu również nie posiada Antoni Reński. Jego dokonania opisuje nagrodzona autobiograficzna książka "Czytanie z dłoni" wydana w 1983 r. Reński jako 17-letni chłopiec z rozkazu AK wchodził 180 razy do getta w celu wyciągnięcia z niego intelektualistów żydowskich. Wyprowadził kilkudziesięciu: lekarzy, pisarzy, muzyków, artystów. Walczył w powstaniu w getcie razem z Żydami. Niemcy złapali go, przeżył kilka obozów. Ten człowiek nie został uznany za "Sprawiedliwego wśród Narodów Świata".

Listę ratujących, w tym osób, które poniosły za ratowanie Żydów śmierć z ręki okupantów, zamieściła Pani w internecie.

- Te informacje znajdują się w internecie pod adresem www.savingjews.info i wciąż są uzupełniane. Jest tam wykaz 704 Polaków zamordowanych za pomoc Żydom, z których 27 jest uznanych za "Sprawiedliwych", w tym rodzina Ulmów. Główna Komisja Badania Zbrodni Hitlerowskich w Polsce czterdzieści lat po wojnie uznała jedynie 704 osoby. Dodatkowe osoby uznał Yad Vashem. Jest to minimalna liczba. Ponadto jest tam lista ok. 5400 osób - zawierająca imiona i nazwiska, a często sporo informacji o poszczególnych bohaterach - które zostały uznane za "Sprawiedliwych wśród Narodów Świata". Jest to stan na koniec 1999 r. Nie widziałam jeszcze wydanych ostatnio dwóch książek o "polskim Wallenbergu" - Henryku Sławiku, który uratował podobno 5 tys. polskich Żydów na Węgrzech.

Są to minimalne liczby. Ile faktycznie mogło być Polaków ratujących Żydów i tych, którzy ponieśli za to największą ofiarę?

- Tych, którzy ratowali, było na pewno kilkaset tysięcy, niektórzy mówią nawet, że może i milion. Na to nie mamy dowodów. Jak teraz, sześćdziesiąt lat po wojnie, tego dowieść? Zabitych było na pewno kilkadziesiąt tysięcy. Uznani przez Główną Komisję Badania Zbrodni Hitlerowskich i Yad Vashem to wierzchołek góry lodowej. Profesor Tomasz Strzembosz, przewodniczący Komisji Historycznej Komitetu dla Upamiętnienia Polaków Ratujących Żydów, gromadzi nowe informacje, podobno ma już 3 tys. wypadków godnych uznania. Komitet działa od jesieni 1993 r. Wszelkie dokumenty ratowania należy wysłać do Archiwum Akt Nowych, które mieści się przy ul. Hankiewicza 1 w Warszawie [kod pocztowy 02-103 - przyp. red.], gdzie jest gromadzona cała dokumentacja. Można też wysłać je do Żydowskiego Instytutu Historycznego, zawsze zachowując kopię dla siebie.

Niestety, strona internetowa o Polakach ratujących Żydów jest dla tych, którzy znają język angielski.

- Dlatego marzę o tym, żeby to wszystko, co na niej się znajduje, zostało wydrukowane w formie książkowej, ponieważ nie wszyscy mają dostęp do komputera. Właśnie o to się staram podczas mojej wizyty w Polsce - żeby to ktoś przetłumaczył na język polski i wydał. Polacy powinni wiedzieć o tym. Nasi rodacy nie zdają sobie sprawy, że za granicą zrobiono nam opinię czwartych ludobójców świata. Po Hitlerze, Stalinie, Pol Pocie, czwartymi są Polacy. Dzieje się tak m.in. z tego powodu, że obowiązkową lekturą w Stanach Zjednoczonych i Kanadzie są "Myszy" Spiegelmana, ohydny komiks przedstawiający stosunki polsko-żydowskie w czasie wojny. Żydzi są tam pokazani jako myszy, Niemcy jako koty, a Polacy zawsze jako świnie. To jest obowiązkowa lektura w szkołach.

W szkołach podstawowych czy średnich?

- Już w podstawowych, gdzie tylko uda się umieścić naukę o holokauście. Druga książka to "Malowany ptak" Kosińskiego, całkowicie zdemaskowany przez Joannę Siedlecką w publikacji "Czarny ptasior". Siedlecka pojechała na miejsce i stwierdziła, że wszystko to, o czym napisał Kosiński, zostało od początku do końca wymyślone. Był on przez cały czas okupacji wraz ze swoją rodziną ukrywany przez Polaków, którzy potem zostali wydani Rosjanom i wywiezieni na Sybir. Sprawdziło to też, niezależnie od Siedleckiej, bardzo poważne amerykańskie pismo "The New Yorker". Przyjechali do Polski i stwierdzili, że to wszystko jest bzdura. Bardzo ubolewam nad tym, że książka Siedleckiej została wyczerpana w 2000 r. Szukałam jej po całej Warszawie. Nie ma jej w nawet w antykwariatach. To źle, iż jej ponownie nie wydano, a jest to pozycja szalenie ważna dla nas, Polaków. Trzecia obowiązkowa książka antypolska to osławieni "Sąsiedzi" J.T. Grossa.

Ostatnio w jednej z kanadyjskich stacji telewizyjnych po raz kolejny użyto sformułowania "polski obóz koncentracyjny".

- Takie rzeczy zdarzają się bardzo często. Polonia walczy z tym od co najmniej czterdziestu lat. Niestety, nasza dyplomacja - ambasady i konsulaty - nie reaguje (z małymi wyjątkami). Polonia bardzo mocno sprzeciwia się tym bez końca powtarzanym sformułowaniom "polskie obozy koncentracyjne". Dlatego ja nigdy nie mówię Oświęcim, ale zawsze Auschwitz. To był niemiecki obóz koncentracyjny na terenie włączonym do Rzeszy. Najwyższy czas, żeby Polacy podnieśli głowy i zdali sobie sprawę z tego, że mają największych bohaterów nie tylko tysiąclecia - w postaci tych ludzi, którzy ratowali Żydów, ale największych bohaterów świata. Przypomnijmy, że w żadnym innym kraju nie obowiązywała kara śmierci za pomoc Żydom. Tylko Polacy byli na nią automatycznie skazywani. I to nie tylko ci, którzy bezpośrednio pomagali, ale bardzo często całe rodziny, a nieraz sąsiedzi i całe wsie. To było nie do pomyślenia na Zachodzie. Niestety, w Yad Vashem nie ma absolutnie żadnego rozróżnienia między Polakami i innymi narodowościami.

Innym Pani marzeniem jest wzniesienie muru z nazwiskami osób, które ratowały Żydów podczas II wojny światowej.

- Staram się dostać do wszystkich osobistości, które o tym decydują, i przekonać je, że powinno to być w jednym miejscu w Warszawie, które spełnia kilka koniecznych dla mnie warunków, a jest nim plac Marszałka Józefa Piłsudskiego. Przede wszystkim bardzo godne miejsce. Ponadto ściśle polskie. Do tego centralne, z łatwym dojazdem i parkingiem, oraz strzeżone, ponieważ nikt na oczach straży nie będzie śmiał demolować muru lub tablic. Cudzoziemcy i sami Polacy przyglądający się zmianie warty, gdy zobaczą mur, na którym będzie kilka tysięcy nazwisk Polaków-bohaterów, będą tam też musieli złożyć kwiaty. Dopiero wówczas odda się tym ludziom należną im cześć. To są najwięksi bohaterowie świata, nie tylko Polski, ponieważ żaden inny naród tego nie ma. Myślę, że mur powinien być niezbyt wysoki, około 1,5 m. Obliczam, że na obecną liczbę nazwisk powinien mieć jakieś 22,5 m długości. Musi być możliwość jego przedłużenia. Wzorem dla mnie jest mur w Stanach Zjednoczonych oddający hołd żołnierzom poległym w Wietnamie. U nas musi to być zrobione skromniej, ale godnie, no i oczywiście tylko za ściśle polskie pieniądze, m.in. od Polaków z zagranicy, nie za żadne obce. Przy tablicach z nazwiskami musi być ogólna tablica, która by co najmniej w pięciu językach tłumaczyła trzy zasadnicze rzeczy: 1) liczbę nazwisk Polaków i co one oznaczają, 2) warunki, w jakich ratowali Żydów, tj. automatyczną karę śmierci, która była tylko w Polsce, 3) stwierdzenie, że ogromnej ilości tu nie ma, bo po 60 latach nie można ich sprawdzić. Na tym murku powinny się znaleźć nazwiska z trzech kategorii: A) zamordowani za pomoc Żydom, B) uznani przez Yad Vashem za "Sprawiedliwych", C) uznani przez Polaków. Niestety, olbrzymiej większości zasłużonych tutaj nie będzie, ponieważ nie jest możliwe udokumentowanie ich nazwisk.

Dziękuję za rozmowę.