W górę
Kursor
W dół

WOŁYŃSKA TRAGEDIA

Tydzień Żuławski lipiec 2003

11 lipca 1943 roku do kościoła pod wezwaniem św. Trójcy w Porycku na Wołyniu, podczas odbywającej się mszy, wkroczyła ukraińska sotnia Kurenia Zawidowskiego. Strzelając z ręcznych i maszynowych karabinów zamordowano kilkudziesięciu Polaków. Ludzie zgromadzeni w kościele próbowali uciekać, lecz ich wysiłek okazał się bezskuteczny. Kościół był otoczony. Po chwili napastnicy weszli do środka i zaczęli dobijać rannych strzałami w głowę. Wydawać by się mogło, że nikt nie miał szans na przeżycie. Jednakże jedną z nielicznych osób, która przeżyła był ministrant Stanisław Filipowicz. Widząc, że Ukraińcy dobijają rannych udawał nieżywego. Nie wiedział, że leżąca obok niego matka była śmiertelnie ranna. Korzystając z nieuwagi oprawców, Filipowicz przedostał się na strych, a stamtąd do sąsiadującego z kościołem banku. Leżąc kilka godzin na strychu doczekał się, że zbrodniarze odjechali. W tym czasie w kościele, oprócz jego matki, zginęła jego siostra i siostrzenica. Następnego dnia, tych co ocaleli, dobijano w domach. W sumie zamordowano ponad 200 Polaków.

Podobnych przypadków na Wołyniu było wiele. Oceny co do liczby ofiar są różne. Oficjalnie podaje się liczbę około 60.000 ofiar (tylko na Wołyniu) ze strony polskiej i 2,500 ze strony ukraińskiej (strona ukraińska ocenia, iż zginęło 12.000 obywateli tego kraju).

Mordowali sąsiedzi

Podczas odprawionej w dniu 28 czerwca br. Mszy Świętej w Bazylice św. Elżbiety we Wrocławiu, ks. Tadeusz Pater – Kresowianin zamieszkały obecnie w Przemyślu – pytał: „Dlaczego do tego doszło?”. – Przecież to byli nasi sąsiedzi, przecież chodziliśmy do nich na święta. Były zawierane małżeństwa polsko-ukraińskie”. I odpowiadał: „Zbrodnicza organizacja omamiła, ideologia bardzo kąśliwa i bardzo nachalna...”. Wystąpienie księdza wywołało oburzenie uczestniczących we mszy hierarchów kościoła greckokatolickiego, którzy w trakcie kazania opuścili Bazylikę.

Na pierwszym kongresie OUN (Wiedeń-Praga 1929-1930) ustalono „dekalog” nacjonalisty ukraińskiego. Siódme przykazanie brzmiało: „Nie zawahasz się wykonać największego przestępstwa, jeśli tego będzie wymagać dobro sprawy”. Ósme w podobnym tonie: „Nienawiścią i podstępem będziesz przyjmował wrogów swojej nacji”. Według tych „przykazań” postępowali m.in. członkowie OUN-UPA 16-18 lipca 1943r. w Hucie Stepańskiej. Zwłoki zamordowanych Polaków pozostawiono w miejscu śmierci, aż do całkowitego rozkładu. Zostały rozwleczone, czy też zjedzone przez zdziczałe zwierzęta. Wrzucano też zwłoki do studni lub palonych domostw. Zacierano wokół siebie wszelkie ślady polskości.

Kiedy dziś słuchamy wypowiedzi obywateli Ukrainy na temat tamtych wydarzeń dowiadujemy się, że „Polacy też byli winni”,  i „że najlepiej o wszystkim zapomnieć, żeby budować przyszłość nie myśląc o przeszłości”. Jednocześnie znaczna część społeczeństwa ukraińskiego, członków UPA i OUN uważa za bohaterów walki o niepodległość swojego kraju, stawiając im pomniki. Dla ocalałych z ukraińskich pogromów Polaków jest to sytuacja na pewno trudna do zaakceptowania. Prezydent Polski, Aleksander Kwaśniewski, niejednokrotnie podkreślał, że konieczne jest kształtowanie dobrosąsiedzkich stosunków z Ukrainą. Jest to jednak znacznie utrudnione, ponieważ do zgody i pojednania potrzebne są obydwie strony.

Złośliwi mówią, że Polacy spoza tamtych terenów – zbrodnie na Wołyniu postrzegają poprzez pryzmat filmu „Ogniomistrz Kaleń”.  Ale ci, którzy przeżyli pogromy Polaków na Wołyniu mówią, że to co pokazano w tym filmie, to drobiazg w porównaniu z tym, co w rzeczywistości UPA i OUN robiły Polakom. Świadczą o tym liczne fotografie. Niektóre z nich opublikował w ostatnim czasie „Nasz Dziennik”. Redakcja naszego tygodnika nie zdecydowała się na publikację tych zdjęć z uwagi na ich drastyczną wymowę.

Pojednanie – trudna sprawa

Do pojednania między Polakami i Ukraińcami wezwał Jan Paweł II w swoim liście skierowanym do kardynałów Józefa Glempa, Mariana Jaworskiego i Lubomyra Huzara. Papież podkreślił, że "Polacy i Ukraińcy nie mogą być więźniami historii"

11 lipca br. we wsi Pawliwka (dawny Poryck) na Ukrainie spotkali się prezydenci Polski i Ukrainy. Prezydent RP Aleksander Kwaśniewski powiedział, że zbrodnia wołyńska jest przykładem wstrząsającego zła, jakie panowało między Polakami a Ukraińcami w ubiegłym wieku. Podkreślił, że winą za masakry nie można obarczać narodu ukraińskiego - odpowiadają za nie konkretni ludzie.

Prezydent Ukrainy, Leonid Kuczma, w swoim wystąpieniu powiedział m.in.: "Nie można dopuścić do moralnego usprawiedliwienia zabójstw ludności cywilnej". Stwierdził, że "szczególnie duże straty" ponieśli na Wołyniu Polacy. Przypomniał też o "ciężkich stratach ludności ukraińskiej na Chełmszczyźnie, Ziemi Tomaszowskiej i Hrubieszowszczyźnie".

W sumie nie doszło do oczekiwanych przez Polaków przeprosin za zbrodnie OUN i UPA, ze strony ukraińskiego prezydenta.

Nie obyło się także bez skandali. Okazało się, że władze ukraińskie, bez zgody strony polskiej zmieniły napis na pomniku, który miał być symbolem pojednania obydwu narodów, a z granicy polsko-ukraińskiej, po pięciu godzinach upokarzających działań ukraińskich służb granicznych, cofnięto zmierzający na uroczystość autokar wiozący 45 weteranów zaproszonych oficjalnie na uroczystości w Pawliwce.

Na tle powyższej sytuacji pozytywny wydźwięk miały przytaczane w telewizji wypowiedzi mieszkańców Pawliwki, z których wynikało, że budują oni swoją przyszłość na gruncie dobrosąsiedzkich stosunków z Polakami i nie bardzo są zainteresowani roztrząsaniem przeszłości. I to być może jest najprostsza droga do całkowitego pojednania naszych narodów.

(wasz)